Nie chciałem tego tematu poruszać. Wierzyłem raczej Słowackiemu i jego wizji narodów, które – jak w „Beniowskim” – są niczym „łańcuch żurawi”. Chciałem wierzyć, że wspólne doświadczenia zwyciężą dawne urazy. Okazało się jednak, że była to mrzonka.
Na początku decyzja Prezydenta o odebraniu Orderu Zełenskiemu spowodowała moje zdumienie. Z czasem jednak zebrałem myśli i doszedłem do wniosku, że była uzasadniona.
Historyczny banderyzm, w moim rozumieniu, wobec Polaków przejawiał się jako gwałtowna reakcja wyrastająca z poczucia krzywdy. Czy Ukraińcy mogli czuć się na Wołyniu skrzywdzeni? Mogli. Z wielu powodów. Czy zawsze niesłusznie? Nie. W wielu przypadkach ich poczucie krzywdy miało realne źródła. Nałożyła się na nie jednak zbrodnicza ideologia „Integralnego nacjonalizmu” Dmytra Dońcowa. Czytałem tę książkę. Najbardziej uderzyło mnie porównanie problemu wieloetniczności do pola na szachownicy, na którym może znajdować się tylko jedna figura. W moim odczuciu była to metafora prowadząca do akceptacji czystek etnicznych. Tego rodzaju sposób myślenia doprowadził na Wołyniu do fali okrucieństw.
Jasne jest, że UPA walczyła również przeciwko ZSRR. Dlatego wielu Ukraińców postrzega ją jako formację bohaterów i symbol walki o niepodległość. Potrzebują takich symboli. Jednocześnie UPA nie może być symbolem godnym naśladowania. Jest świadectwem niezwykłej zdolności Ukraińców do samoorganizacji, ale dla Polaków pozostaje przede wszystkim symbolem płonących wsi i rzezi ludności cywilnej.
Nie sposób pominąć wypowiedzi Zełenskiego dla „The Economist”, w której ostrzegał Zachód przed możliwymi konsekwencjami ograniczenia pomocy dla Ukrainy, ani podobnej wypowiedzi Natalii Panczenko w ukraińskiej telewizji. Demagog.pl przedstawia argumenty na rzecz interpretacji, że nie nawoływała ona do przemocy. Jestem skłonny przyjąć, że chciała jedynie ostrzec przed możliwym scenariuszem. Zastanawia mnie jednak, że wywiad został udzielony ukraińskiej stacji telewizyjnej, a nie polskim odbiorcom, których – według tego wyjaśnienia – miał ostrzegać.
Obie wypowiedzi mają jednak wspólny mianownik. Zakładają możliwość, że ograniczenie pomocy może doprowadzić część uchodźców do aktów przemocy. Gdyby rzeczywiście do tego doszło, nie byłby to już klasyczny banderyzm rozumiany jako radykalna reakcja na rzeczywistą lub wyobrażoną krzywdę. Byłaby to jego jeszcze groźniejsza mutacja – przemoc stosowana jako narzędzie wymuszania dalszych przywilejów. Nie wynikałaby już z poczucia krzywdy, lecz z ograniczenia wcześniej otrzymywanego wsparcia.
Zdumiewa mnie brak reakcji prowadzącego wywiad z Natalią Panczenko. Równie zastanawiające jest to, że wypowiedź Zełenskiego może być odczytywana jako użycie argumentu potencjalnych konsekwencji społecznych w celu wywarcia presji politycznej i pozostaje publicznie dostępna.
Nie do pominięcia jest również fakt istnienia strony Mirotworec, zawierającej dane osób uznawanych za przeciwników Ukrainy. Sama obecność takiego projektu rodzi pytanie, czy podobny sposób traktowania przeciwników politycznych nie będzie przenosił się również do sporów prowadzonych w ramach Unii Europejskiej.
Gloryfikacja określonej tradycji politycznej może prowadzić do oswojenia sposobu myślenia, które w skrajnych okolicznościach dopuszcza przemoc wobec całych grup ludzi. Historia zna takie mechanizmy. Dlatego z najwyższą ostrożnością należy podchodzić do prób gloryfikowania ideologii lub ruchów, które uznały przemoc wobec ludności cywilnej za dopuszczalne narzędzie polityki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.